sobota, 10 listopada 2018

2018.11.07-08 - Worek Raczański

Witajcie drogie Dziki,

Tradycyjnie, jak co roku, postanowiłem, razem z moją czcigodną małżonką Anią spędzić naszą kolejną rocznicę ślubu w Beskidach. Pogoda jak na listopad wręcz idealna, złota polska jesień w pełni, zatem za nasz cel obieramy dokończenie zeszło-rocznicowego projektu, czyli  tzw. Worek Raczański, tym razem od strony Wielkiej Raczy, z planowanym, jak poprzednio noclegiem, w uroczym schronisku na Przełęczy Przegibek.

W tym roku postanawiam wybrance mojego serca, wywindować poziom wrażeń jeszcze wyżej, co zapewnić ma butelka dobrego, chilijskiego Cabernet sauvignon  oraz własnoręcznie przygotowany  dzień wcześniej, z soczystej wołowiny Boeuf Stroganow. Celem zrównoważenia ilości francuskich akcentów, do plecaka, standardowo, dopakowuje kilka butelek wyśmienitych IPA.

Wyruszamy dosyć późno, bo około 8:00 godziny, ale mimo bardzo krótkiego dnia, zakładamy że niezbyt długą, około 16 kilometrową trasę, uda pokonać się w blasku słońca. W poprzednią rocznicę, dochodziliśmy do schroniska na Przegibku doświadczając przepięknego zachodu słońca. Nie ukrywam, że taki sam spektakl chodził mi po głowie i tym razem...

W Rycerce Koloni zjawiamy się tuż po godzinie 10:00. Renatkę zostawiamy na świetnie zorganizowanym parkingu, zlokalizowanym tuż przy szlaku na Wielką Raczę. Warto podkreślić, że ów parking jest wyasfaltowany, ogrodzony oraz wyposażony w miejsce biwakowe i toalety, a do tego całkowicie darmowy. 




Wędrówkę zaczynamy niezbyt stromym spokojnym podejściem, by po około 1:20h w promieniach słońca przywitać świeżo wyremontowane schronisko na Wielkiej Raczy. Z uwagi na fakt, że oprócz wspomnianej kolacji, nie zabraliśmy zbyt wiele prowiantu, a z domu wyszliśmy właściwie bez śniadania, w schronisku ordynujemy sobie po żurku, a następnie w akompaniamencie butelczyny West coast IPA  odwiedzamy wieżę widokową na szycie Raczy. Tego dnia z wieży można było zrobić użytek, panorama wymalowana jest kolejnymi pasmami górskimi. Doskonale widać Małą Fatrę, Niżne Tatry, Tatry, Beskid Żywiecki i Śląski.





W świetnych nastrojach, podśpiewując kolejne wersy rymowanki:

"..A w rocznicę, a w rocznicę, 
mąż mnie zabrał za granicę.."


Opuszczamy Raczę i udajmy się w kierunku Przełęczy pod Orłem. Po drodze spotykamy grupkę fascynatów MTB, z którymi wymieniamy zdawkowych kilka zdań. Docierają do nas coraz wspanialsze widoki, piwo rozlewa się w krwiobiegu przyjemnym rauszem, nasze nastroje zwyżkują  w zakresy ocierające się o euforię. Szybko dopisujemy kolejne kilometry do przebytego dystansu wycieczki, czego dowodem jest majaczący w oddali budynek schroniska na Wielkiej Raczy oraz coraz wyraźniej widoczny, okazały, niemal 24 metrowy, krzyż milenijny na Bendoszce Wielkiej.




Poprzez Przełęcz Śrubita, Jaworzyne i Kikulę docieramy do Przełęczy Przegibek, gdzie zastajemy otwierający się dla nas romantyczny, okraszony feerią barw, spektakl zachodu słońca nad masywem Wielkiej Raczy. Poświęcamy chwilę na tradycyjne selfie, a następnie, ze względu na spadającą temperaturę i uczucie ssania w trzewiach pośpiesznie ładujemy do pobliskiego schroniska.





Po standardowej procedurze logowania w praktycznie wyludnionym schronisku, zostawiam Małżonkę w towarzystwie jedynych napotkanych turystów, którymi okazuje się być trójka miłych ludzi ze Śląska w trochę starszym od nas wieku. Sam natomiast udaję się na zewnątrz w celu podgrzania przyniesionego na rocznicową kolację Stroganowa. Cała operacja nie zajmuje mi wiele czasu i już po chwili raczymy się pyszną wołowiną okraszoną doskonałym wytrawnym winem.





Po kolacji, przy użyciu przyniesionego piwa oraz miejscowego Portera, kontynuujemy integrację z nielicznymi, świeżo poznanymi ludźmi oraz poznanym w zeszłym roku kotem, który dzieli z nami tej nocy przegibkowe schronisko. Proceder trwa do późnych godzin wieczornych, co skutkuje dość późną pobudką dnia następnego, okołopołudniowym śniadaniem, a właściwie wczesnym obiadem, po którym wyruszamy w kierunku Rycerki Koloni. Pogoda wciąż dopisuje, pozostałości porannego kaca szybko mijają, co pozwala w pełni cieszyć się lekkim zejściowym szlakiem, na którym jedyną trudnością jest spory wiatrołom, zmuszający nas cyklicznie do odrobiny gimnastyki.





Po niecałych 5 kilometrach i około półtorej godzinie, w rozleniwiającym tempie dochodzimy do parkingu, gdzie pozostawiliśmy naszą Renatę. Pakujemy się do samochodu i w poczuciu lekkiego zawodu i nadziei na powrót w przyszłym roku opuszczamy malownicze okolice Worka Raczańskiego. Dwudniową wycieczkę uznajemy za niezwykle udaną, nie tylko ze względu na wyjątkową, jak na tą porę roku, przyjazną aurę, ale też dzięki poczuciu wyludnienia i lekkiej alienacji, która pozwoliła nam pobyć ze sobą tylko we dwoje. Kilka mniej, lub bardziej zaplanowanych akcentów podnoszących poziom romantyzmu pozwoliło podbić epicką atmosferę świętowania naszej małej rocznicy. W liczbach wycieczka zamyka się w około 20 kilometrach marszu i około 800 metrach przewyższenia. Świetna infrastruktura w postaci dobrego parkingu oraz dwóch schronisk PTTK stanowi dobrą podstawę pod budowę udanej wycieczki.

Tradycyjnie zapraszam do galerii naszych zdjęć:
https://photos.app.goo.gl/SHsbiYTXsnaABwsE7

Pozdro.,
Maciek

niedziela, 4 listopada 2018

2018.11.03 - Sopotnia - Romanka - Rysianka - Miziowa

Witajcie drogie Dziki,

Złota polska jesień nie odpuszcza, zima, jak na razie tylko straszy, zatem nie ma co marnować czasu na owocowe przetwory, leżenie pod ciepłą kołderka, czy też dziargolenie szaliczków na drutach w blasku kominka... Taka myśl przyświecała mi podczas planowania, być może ostatniej w tym roku wycieczki beskidzkiej, która nie wymaga ciepłej kurtki, srogich butów i całego tego zimowego anturażu. 

Listopadowy, absurdalnie krótki dzień, wstaje wcześnie, pierwszych członków ekspedycji podejmuje w "środku nocy", czyli tuż przed piątą rano, w osobach Dawida i Rafaliny, a następnie, razem udajmy się do Bytomia po Rafika.

Ekipą w komplecie, bez zbędnego marudzenia, jedynie z krótkim postojem, przeznaczonym na uzupełnienie zapasów piwnych, udajemy się przez Żywiec, w kierunku malowniczej wsi Sopotnia Wielka. Lądujemy na przysklepowym poboczu, następnie rychło ruszamy czarnym szlakiem, w kierunku Romanki. Po drodze, jeszcze we wsi, mijamy okazały wodospad i już po chwili wychodzimy do lasu, ponad domostwa i powoli, w akompaniamencie otwieranych butelek nabieramy wysokości. Pogoda znacząco poprawia się! Podróż zaczynaliśmy raczeni deszczem, by stopniowo, z każdą minutą poranka, doświadczać coraz mniejszego opadu oraz klasycznej walki błękitu z "pochmurzem".





Stromę podejście, daje się nam trochę we znaki, dlatego kilkukrotnie modyfikujemy stan założonej garderoby. Do naszych oczu zaczynają docierać przepiękne obrazy wysp, stanowiących okoliczne wzniesienia wyłaniające się z oceanu, nadzwyczaj nisko położonych chmur. Widok jest wprost hipnotyzujący, powoli zaczyna docierać do mnie, że nic nie jest wstanie zepsuć mi tego epickiego dnia! 




Dochodząc do Romanki, na chwilę porzucamy widoki i delektujemy się samotną eksploracją leśnych ścieżyn. Zbierane co rusz, na twarzy babie lato, jest potwierdzeniem słusznej decyzji, o doborze szlaku, w ten należący do długiego weekendu malowniczy dzień. Na szczycie robimy przerwę na szybki popas. Sporego krokieta mięsnego popycham w gardziel Atakiem Chmielu. W nadziei, że ta wysoce kaloryczna mieszanina zapewni mi napęd, na kolejne kilometry. Odchodząc z Romanki, spotykamy pierwszych ludzi na szlaku - Tate, córkę i piesa przemierzających swoją, własną drogę za pomocą okazałego quada. 





Wycieczka nabiera rozpędu, poprzez rezerwat Romanki, Hale Łysiniową, Pawlusią i Sopotniańską, w coraz lepszej pogodzie, przy coraz bardziej malowniczych widokach i w coraz lepszych humorach docieramy na Halę Rysianka. Schronisko, jak na długo-weekendową sobotę i tak piękną pogodę, świeci pustakami. Pomimo braku zwyczajowego, jak na takie warunki tłumu, postanawiamy zatrzymać się jedynie na chwilę, celem uskutecznienia przysłowiowej dwójki, by dosłownie, po piętnastu minutach, ładować segmentem GSB w kierunku Hali Miziowej. Mimo sporych porcji błota, wycieczka nabiera bardzo dobrego tempa. Robimy kilka krótkich przerw, z których, jedna zapada mi szczególnie w pamieć.  W zorganizowanym miejscu postojowym, w okolicy słowackiego szczytu Brts, Rafik częstuje nas wyśmienitym sernikiem autorstwa, jak dobrze pamiętam, teściowej. Smak łapczywie pochłanianego wypieku doskonale dopełnia komplet, kłębiących się w głowie, zbudowanych z całokształtu otaczającej mnie przyrody, "orgazmicznych" doznań.







Zwalniamy, szlak wiedzie coraz bardziej błotnistą drogą. Powoli zaczynam uświadamiać sobie fakt, że cykliczne chlupotanie, które dociera od jakiegoś czasu moich uszów, ma początek w moich, niezbyt rozsądnie dobranych, jak na tą wycieczkę, butach. Nie mam jednak zbyt wiele czasu na myślenie o tym stanie rzeczy, ponieważ przed naszymi oczami staje, jak żywa, Hala Miziowa, wraz z całym majestatem, doskonale odcinającej się, od sylwetki okazałego budynku schroniska PTTK, majaczącej w tle kadru Babiej Góry. 




Przy schronisku rozdzielamy się. Ja i Rafik postanawiamy zostać na obiad i delektować się ostatnimi promieniami słońca, Rafalina i Dawid, nie idą na łatwiznę i za kierunek obierają szczyt Pilska. Nadchodząca, nie cała godzina mija mi na relaksie. Obgadujemy z Rafikiem możliwe warianty kolejnych etapów wycieczki, analizujemy mapę, degustujemy żurek, grochówkę i piwo. Mimo, że otacza nas sporo ludzi, panująca atmosfera pozwala na wyciszenie i uspokojenie niemal wszystkich skolekcjonowanych w głowie emocji.




Z letargu wyrywa mnie, rozentuzjazmowany powrotem z Pilska, Rafalina. Zasłużona, przez chłopaków chwila odpoczynku, po "ataku szczytowym". Następnie za nasz cel obieramy zielony szlak prowadzący, w kierunku Sopotni Wielkiej. W miarę wczesna pora oraz roztaczające się, przed nami, coraz bardziej wyłaniające się, wraz z utratą wysokości, nisko położone chmury, przyprawiające wycieczkę o szczyptę mistycyzmu i grozy, skłaniają nas do wyboru trochę dłuższego wariantu drogi powrotnej. Niestety im bardziej wchodzimy we wspomniany mistyczny klimat, tym bardziej jesteśmy doświadczani nieprzyjemną mżawką. 






Zmęczeni, ale szczęśliwi, w poczuciu dobrze spędzonego dnia, w warunkach ograniczonej widoczności dochodzimy do miejsca, skąd rozpoczęliśmy naszą dzisiejszą marszrutę. Wycieczkę w liczbach, nie licząc podejścia na Pilsko, można podsumować jako, ponad 7h i niecałe 24 kilometry przemierzonego szlaku, a w tym około 1250 metrów skolekcjonowanego przewyższenia. Trasa w warunkach letnich, jakie było nam zaznawać, nie jest wymagająca. Szlaki, mimo wielu powalonych drzew oraz aktywnego wyrębu są znakowane bardzo dobrze.  

Zapraszam do galerii moich zdjęć z wycieczki:

Pozdr.,
Maciek

sobota, 27 października 2018

2018.10.27 - 5.Bieg o Złotą Szyszkę

Witajcie drogie Dziki,

Zapraszam do zapoznania się z krótką relacją z biegu górskiego, który odbył się w piękną,  październikową sobotę w Bystrej Śląskiej. Piąta edycja zawodów, zorganizowana przez stowarzyszenie Ultra Beskid Sport, zgromadziła na starcie ponad trzysta osób. Trasa biegu prowadziła przez malownicze, popularne miejsca w Beskidzie Śląskim. Biegacze mieli szczęście odwiedzić rejon Koziej Góry, Przełęcz Kołowrót, szczyty Szyndzielnia, Klimczok, Lanckorona. Meta anglosaskiej trasy zawodów zlokalizowana była przy budynku OSP Bystra. 



Tym razem nie budzę się sam, nie budzi mnie alarm budzika, nie jestem również obudzony przez kota... Z objęć Morfeusza wyrywa mnie moja czcigodna małżonka Ania... Godzina 4:47, za oknem ciemność.. Kawa, poranna rutyna i w drogę. Podejmuję Rafalinę, wyjątkowo kilka minut wcześniej niż przed umówionym terminem spotkania. Droga mija nam spokojnie na obrabianiu tyłków tylu znajomym ilu tylko zdołamy sobie przypomnieć, a że nie mamy ich zbyt wielu, to postanawiamy obgadywać ich w kółko w kilku cyklach. Zabawę psuje wyznanie Rafała, po którym uświadamiam sobie, że mój wcześniejszy przyjazd, nie pozwolił Mu na spróbowanie dopiero co, zaparzonej herbaty.

Znajdujemy wypasione miejsce parkingowe obok zajadu "Pod Źródłem", czyli regulaminowego startu zawodów. Spotykamy się z Markiem, a następnie udajemy się po numerki startowe w kierunku OSP, gdzie, jak wcześniej wspominałem, zlokalizowana jest meta, ale także biuro zawodów. Nieopodal biura, witamy Rafika, następnie, zwarci, gotowi i w komplecie kierujemy się z powrotem, w oddalone o kilkaset metrów miejsce startu, gdzie zbijamy piątki z niezniszczalną ekipą z Ostrej Góry w osobach Rafała i Mariusza. Szybka rozgrzewka, pamiątkowe foto i w końcu start...




Trasa dobrze znana z wielu wcześniejszych wycieczek różnej natury. Od razu dość stromo jak na bieganie i tak w sumie aż do schroniska Stefanka. Pogoda wręcz idealna, nie jest zbyt zimno, nie pada, przejrzystość powietrza i pułap chmur pozwalają cieszyć się, odsłaniającymi się z każdym metrem nabywanej wysokości malowniczymi widokami.

Od Stefanki poprzez Kozią Górę dzida w dół, potem kolejny podbieg i zbieg na Przełęcz Kołowrót, by po kolejnych kilku kilometrach pod górę przywitać schronisko na Szyndzielni, na przekór rutynie, tym razem wyludnione i jakby pogrążone w letargu. Łagodny podbieg na Klimczok, siodło, wypasiony punkt żywieniowy, gdzie dosłownie niczego nie brakowało, następnie mijamy schronisko pod Klimczokiem i łagodnie wspinającym się grzbietem ładujemy w stronę Magury. Po osiągnięciu wierzchołka, zbiegając mijamy "Ruiny Schroniska pod Klimczokiem". Teren puszcza, chyba pierwszy raz udaje mi się zejść z tempem poniżej 5 minut na kilometr. Od Lanckorony, trasa biegnie korytem wyschniętego, przysypanego grubą warstwą liści, kamienistego potoku. Wąski niestabilny teren, po raz kolejny zmusza do rewizji ambicji kontra umiejętności. Po wyjściu z lasu, bieg kończy się przyjemnym około dwu kilometrowym zbiegiem, siecią dojazdów do nowo wybudowanych domów, na stokach okalających Bystrą.



Meta pojawia się dość szybko, po wyjściu z przełajowego etapu trasy. Pamiątką za ukończenie biegu jest okazały medal z wklejoną w drewniany bezel, naturalną, sosnową, szyszką. Dla zawodników, w ramach nagrody, oczekuje również piwo z browaru Wrężel oraz całkiem spoko zupka regeneracyjna, którą można się posilić w specjalnie wybudowanym na okazje eventu namiocie.





Podsumowując Złotą Szyszkę w liczbach... 100% świetnej organizacji, 100% towarzystwa, 100% satysfakcji z trasy, a ponadto prawie 15 kilometrów leśnych ścieżek i około 840 metrów przewyższenia.. Może nie jestem jakoś specjalnie rozgarnięty, w tematyce tego typu zawodów, ale te liczby mówią same za siebie oraz według mnie, mogą być świetną rekomendacją dla kolejnej edycji tej imprezy.

Zapraszam do galerii zdjęć (moje, Marka oraz przypadkowo proszonych osób:)

Pozdro,
Maciek




piątek, 12 października 2018

2018.10.11 - Trawers Zawrat - Kozia Przełęcz

Witajcie drogie Dziki. 


Przed napisaniem tego posta otrzymałem niewymowne sugestie, że moje posty są za mało naszpikowane wulgaryzmami, ugrzecznione i emanuje z nich zbyt niski poziom tzw. "obory", zatem dziś rozpocznę cytatem z fraszki, która powstała podczas wycieczki i doskonale podsumowuje panującą atmosferę. 


"Na Zawracie, na Zawracie... 
Maciej se rozjebał gacie... 
 Jak Ci mało Orlej Perci... 
wsadź se w dupę kawał żerdzi,
po niej... 
się najlepiej pierdzi..." 


Tym razem o dziwo nawet wyspany, wyłączam budzik na kilka minut przed aktywowaniem alarmu ustawionego na godzinę 3:00. Kawusia, poranna rutyna, dopakowanie schłodzonego piwa do plecaka i w drogę. O 4:15 jestem umówiony z resztą ekipy w Mysłowicach. Ekipa wycieczki liczy cztery osoby, dwie damy: Ela, Magda - czcigodna małżonka Damiana oraz dwa stare dziady: ja oraz Damian. Plan wycieczki w wersji minimalnej zakłada spacer po Dolinie Pięciu Stawów Polskich, a jeśli starczy sił i pogoda dopisze (myślę tu o warunkach śniegowych, bo piękne słońce mamy gwarantowane) podejść Przełęcz Zawrat, a następnie granią, poprzez Mały Kozi Wierch, przejść na Kozią Przełęcz i z niej zejść z powrotem do D5SP. 


Spotykamy się punktualnie o umówionej porze w Mysłowicach, dalej do Zakopanego, jedziemy wspólnie, błękitnym Rapidotaursem. Powozi Damian, jego niezwykłe umiejętności, opanowanie, doświadczenie i precyzja sprawiają, że dziewczyny oddają się pasjonującej konwersacji, ja natomiast poświęcam się bez reszty wczesno-porannej degustacji sesyjnej IPA. O świcie dobijamy na parking w Palenicy Białczańskiej, po uiszczeniu 25zł opłaty i wysłuchaniu, nacechowanego wymówkami o zabarwieniu politycznym komentarza, mającego uzasadnić wysokość kwoty, bezzwłocznie udajmy się w kierunku pierwszych TOI-TOI na sławnej drodze Oswalda Balzera.





W świetnych nastrojach połykamy kolejne kilometry niezwykle malowniczego szlaku prowadzącego do Doliny Pięciu Stawów Polskich. Pouczeni, przez napotkanego, doświadczonego turystę, o bardzo trudnych warunkach na podejściu wzdłuż wodospadu Siklawa, pozostawiamy tą atrakcję na drogę powrotną, wybierając obejściową wersje szlaku, wyprowadzającą nas wprost na schronisko. Decyzja ta umożliwia nam obserwację procesu transportu wyciągiem paczek z zapatrzeniem schronu, co z kolei przekłada się na informację, o braku możliwości zakupu piwa w trakcie przyjmowania towaru. Niepocieszeni, sięgamy do naszych plecakowych zapasów. 





Posileni, podejmujemy poważne, strategiczne decyzje... Postanawiamy, że dziewczyny spróbują podejść razem z nami, drugie co do wysokości w Polsce jezioro - Zadni Staw, a później... będziemy ponownie decydować. 



Niewymagający spacer w pięknej pogodzie sprawia, że zatracam się w robieniu zdjęć, czas na podejście redukuje mi się do minimum. Nad stawem, Magda postanawia zostać i cieszyć się chwilą, Ela natomiast chce podejść jeszcze kawałek, powyżej Kozłowej Czuby, by następnie wrócić do Magdy. Zespół tetryków (ja i Damian) zgodnie z wytycznymi planu wycieczki, ładuje w kierunku Zawratu. Przed rozdzieleniem zostawiamy dziewczynom podręczną krótkofalówkę oraz umawiamy się na ponowne spotkanie w schronisku. 




Po drodze mamy okazję dokonać dokładnych obserwacji skutków niewdanego obrywu skalnego w rejonie Niebieskiej Turni, to co widzimy bardzo skutecznie uzmysławia potęgę mocy, jaka drzemie, w tych pozornie statecznych i niezmiennych skałach. Przełęcz Zawrat wita nas niewielkim tłumem. Szybko okazuje się, że decyzja o wyjściu z D5SP była słuszna, górne partie żlebu opadającego na stronę Doliny Gąsienicowej pokrywa spora warstwa mokrego śniegu, natomiast czerwony szlak w kierunku Koziego Wierchy wygląda bardzo obiecująco. Korzystamy z chwili odpoczynku, kilka zdjęć, kila łyków wody, jeden Snickers i już po chwili przyczyniamy się do zadeptywania malowniczego grzbietu, zwanego potocznie "Orlą Percią". 




Sam szlak, mimo że niezwykle widokowy, w kilku momentach jest wymagający ze względu na dość trudny graniowy charakter oraz miejscami znaczną ekspozycję. Osobiście do takich miejsc zaliczyłbym żleb Honoratka, w którym zastaliśmy dużą ilość ciężkiego, mokrego śniegu oraz trawers Zmarzłych Czub, gdzie możliwe, że z powodu mojego błędnego zejścia z wytyczonej linii szlaku, musiałem wykonać kilka przechwytów, stojąc tarciowo na połogiej płycie, w warunkach kilkudziesięciu metrowej lufy. Warto wiedzieć o tych kilku trudniejszych fragmentach, ponieważ ze względu na jednokierunkowość, ewentualny powrót może być dość ciężki.




Odwiedziny Małego Koziego wierchu (2228m npm) stają się świetnym pretekstem do degustacji tegorocznych przetworów, którymi częstuje mnie Damian ze swej kultowej już piersiówki. Poczęstunek przyjmuje euforycznie, gdyż niepowtarzalny smak dokładnie selekcjonowanych wiśni, idealnie przykrywający alkoholową nutę spirytusu, kojarzy mi się jedynie z podniosłymi i specjalnymi okazjami. Kolejna refleksja, która nasuwa się w trakcie degustacji, to myśl, że chyba warto cały rok, dzień po dniu tyrać przy zbiorze wiśni, by choć przez kilka sekund poczuć ten aromat i smak rozlewający się po podniebieniu.


Po drodze przez Zamarłą Przełęcz robimy obowiązkowy, fotograficzny przystanek przy "Chłopku" - ciekawie umiejscowionym, jakby wbrew prawom fizyki, sporych gabarytów głazie, zawieszonym nad przepaścią. Niestety, mimo usilnych starań, głaz niewzruszony pozostaje na swoim miejscu. Naszą dzisiejszą, krótką, graniową przygodę kończymy zejściem z masywu Zamarłej Turni osławioną drabinką na Kozią Przełęcz, skąd systemem zamontowanych łańcuchów opuszczamy się do Pustej Dolinki. W trakcie zejścia podziwiamy i nawet nawiązujemy krótki dialog ze wspinaczami zdobywającymi jedną z dróg wytyczonych na Zamarłej Turni. 







Po kolejnych kilkudziesięciu minutach marszu i dzielnego znoszenia przez Damiana moich "wydumanych wywodów niskich lotów", dochodzimy do "Piątki", gdzie ponownie spotykamy dziewczyny zażywające relaksu i kąpieli słonecznej nad Przednim Stawem. Mimo późnej pory, tradycyjnie piwko, żurek, chwila wytchnienia. Zejście wzdłuż Siklawy udaje nam się wykonać w na tyle dobrym świetle, że da się jeszcze rozpoznać estetyczne walory wodospadu na naszych zdjęciach. 






Kolejne fragmenty szlaku pokonujemy jednak w romantycznych okolicznościach zachodzącego słońca. Mniej więcej w połowie zejścia dobywamy czołówki z plecaków, a wędrówkę zaczynamy doprawiać coraz bardziej drastycznymi opowieściami o atakujących nocą niedźwiedziach. 





Na parking dostajemy się chwilę przed godziną 20:00, zmęczeni ale pełni wrażeń, jednogłośnie zaliczamy dzień do niezwykle udanych. W liczbach cały dzień można ująć jako, około 10 godzin wędrówki, czasie której pokonaliśmy (zespół dziadów) jakieś 25km oraz 1350m podejść. 

Tradycyjnie zapraszam do galerii naszych (te ładne Damiana, te brzydkie moje):

Pozdrawiam,
Maciek